M&A - sesja na Śnieżnych Kotłach

Szklarska Poręba, sobota, 13 października 2018r. Moja przyjaciółka Marzena P. z domu W., jej miesięczy już mąż Artur P, oraz brat Mazi - Marcin W., no i Canon i ja stawiamy się na parkingu w Szklarskiej. Cel? mój wiadomo, a M&A? wspiąć się na szczyt Snieżnych Kotłów w miłosnym nastroju i... ślubnych ciuchach. Artur jak się dowiedział, że w buciwiach, w których przetańczył całą noc będzie chodził po kamieniach, konarach drzew i innych górskich pułapkach, na dodatek POD GÓRĘ (o zgrozo!) to prawie osłupiał. No ale ja już się pogodziłam z faktem jak w myślach musicie mnie przez pierwszych kilka sekund nie lubić, dlatego nic sobie z tego nie zrobiłam i byłam nieugięta cheeky Zawsze powtarzam - sesja ślubna jest raz w życiu, można się przemęczyć dla samego/samej siebie. Amen. Chociaż panie młode zawsze ze wszystkim są na "tak". Moje przynajmniej heart A więc...

To był piękny, słoneczny dzień - brzmi jak początek opowiadania, ale dokładnie takie warunki nas przywitały :) 

Do tego cieplutko, z 20 stopni w słońcu yes Ludzi o tym czasie i tej godzinie niewielu, a gdy już dotarliśmy po kamienistej tułaczce na szczyt, to praktycznie byliśmy tam sami, bo koniec dnia był bliski i już wszyscy zwijali się na dół. Jako mała Martynka jeździłam na tereny Szklarskiej i Karpacza, ale na Śnieżnych byłam po raz pierwszy i tak jak wcześniej Artur osłupiał, tak na szczycie osłupiałam ja na widok tego, co tam zastaliśmy. A mieliśmy na jednej stacji posiłkowo-regeneracyjnej chwilę konsternacji, czy nie odpuścić szczytu i zostać przy schronisku i tam podziałać, ale zrobiłam szybki wywiad ze schodzącymi osobami i Wszyscy mówili "IDŹCIE, MŁODA DAMO". No to poszliśmy, na nasze szczęście ufff. 

Szczyt nie taki typowy, że wierzchołek i tyle, tylko rozległy, niesamowity teren, który dodatkowo oświetlony przez zachodzące już promienie słońca (chyba zacznę pisać książki) po prostu zapierał dech w piersiach i w ogóle mieliśmy wrażenie jakbyśmy byli w innym kraju, gdzieś na dzikim zachodzie surprise Wiało niemiłosiernie, ale nadało to mega super klimatu, Marzeny suknia rozwiewała się na wszystkie strony świata, prawie ją wywiało! Ahhh... zakochałam się, Canon też!

M&A do momentu sesji podobno mieli mało zdjęć, a po wszystkim, a nawet już w trakcie, dowiedzieli się, że mogliby tak codziennie. Nawet A. w butach i w garniaku z plecakiem na plecach byłby skłonny żyć tak na co dzień. Przed canonem biegali, skakali (ja razem z nimi) cieszyli się sobą, chwilą, życiem i moją obecnością - jestem pewna cheeky

Na obiad zjedliśmy kabanosy z bułką, popite colką, a na deser wleciało milion różnych batonów. Schodziliśmy o zmroku z latarką z telefonów - to jedyna rzecz do poprawki :P Wsiedliśmy do auta i tego samego dnia wróciliśmy do domu. Koniec. 

Tak moi Drodzy. Tak właśnie wygląda wyjazdowa sesja ślubna, do której Wszystkich zachęcam.

Serio. Wykorzystajcie to, że kocham podróże te małe i duże. Jest przy tym mnóstwo frajdy i można poczuć się jak w bajce z HAPPY-END'EM, w której głównymi bohaterami jesteście Wy.

Już Was nie zatrzymuję - oglądajcie i do następnego ;*



Modele: Mazi i Artur heart
Trzymał kurtki, usuwał przeszkody z pola widzenia: Marcin yes
Fotografowali: Canon i ja wink
Tekst: Martyna Woźniak mail
czytał/a: Ty heart